
Wyczyściłam klacz, następnie ją osiodłałam.
Czułam, że serce zaczyna walić mi jak młot. Dosiadałam konia dopiero czwarty raz po tym tragicznym wypadku, który miał miejsce pół roku temu... nie mogłam zebrać w sobie odwagi by ponownie wsiąść, w końcu jednak się przełamałam.
Przycisnęłam łydki do jej boków, kierując ją w stronę dużej ujeżdżalni. Ze wszystkich sił próbowałam się rozluźnić. Nie minęła chwila a zorientowałam się, że nieznajomy chłopak też zamierza jeździć na swoim koniu na dużej ujeżdżalni. Byłam załamana.
By nie robić zamieszania, zjechałam na jej drugi koniec, choć wszyscy przeważnie jeździli na tej pierwszej połowie. Dlaczego? Na drugiej połowie większość koni się płoszyła, dlaczego, nikt tego nie wiedział.
Gdy tylko zjechałam na drugą połowę ujeżdżalni poczułam jak klacz cała się spina. Pogłaskałam ją po szyi, próbując dodać jej, jak i sobie nieco otuchy.
Westchnęłam ciężko. Popędziłam klacz do kłusa, wyginałam ją na najróżniejszych woltach i slalomach. Gdy stwierdziłam że jest wystarczająco rozgrzana, postanowiłam spróbować zagalopowania.
Another przyspieszyła w kłusie, byłyśmy coraz bliżej zakrętu. Na zakręcie ustawiłam odpowiednio łydki i przycisnęłam je. Poczułam, jak zwierzę wykonuje pierwsze foule. To było coś niezwykłego. Galopowała wdzięcznie dobre dwa kółka, gdy nagle w pewnym momencie przechyliłam się do środka. Krzyknęłam, chwytając się kurczowo grzywy. Wystraszona pociągnęłam za wodze, a klacz momentalnie stanęła miejscu. Położyłam się na jej szyi, głaszcząc ją gorączkowo. Zacisnęłam powieki, oddychając ciężko. Mogłam spaść. Ale udało się.
Wtedy poczułam na sobie spojrzenie nieznajomego, który właśnie w tym momencie zatrzymał galopującego na wolcie konia i podjechał nieco bliżej mnie. Wyglądało na to, że widział całe zdarzenie. Zrobiło mi się głupio.
Aksel?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz